Długo zastanawiałam się o czym będzie pierwszy post, który tu dodam. Postanowiłam przytoczyć Wam moją historię związaną z odchudzaniem się, z restrykcyjną dietą i z brakiem jakiejkolwiek wiedzy jak to robić z głową. Myśl o odchudzaniu zakiełkowała w mojej głowie jakoś we wrześniu 2013 roku. Wcześniej nie przejmowałam się szczególnie swoją wagą, nie wyglądałam idealnie, ale czułam się dobrze w swojej skórze. Budowę mam typu gruszka, szerokie biodra, duży biust, wąska talia i zawsze uważałam, że tak wyglądająca kobieta jest atrakcyjna. Nagle coś się zmieniło. Zaczęłam przyglądać się szczuplejszym koleżankom, nie chciałam od nich odstawać. Wpadłam w straszne kompleksy. Z uśmiechniętej dziewczyny stałam się wiecznie poddenerwowaną zołzą, która stawała na wadze po 15 razy dziennie i jedynym jej celem było jak najszybciej schudnąć. Zaczęłam się odchudzać w październiku. 65kg, 172 cm wzrostu. Od razu rzuciłam się na głęboką wodę, chciałam szybkich efektów. 1000kcal dziennie i treningi. 20min interwałów na czczo, po szkole 40min biegania, potem 1,5h trening sztuk walki i jeszcze 20 minut ćwiczeń w domu i tak dzień w dzień. Zaczęłam zapisywać wszystko, co jem. Stopniowo schodziłam do coraz mniejszej liczby kalorii. 1000 to było za dużo, znalazłam dzisiaj swój stary zeszyt- 28.03, 670kcal. Pewnie domyślacie się jak to wpłynęło na mój organizm- destrukcyjnie. Byłam przemęczona, ciągle było mi zimno, zaczęłam przeprowadzać głodówki. Mój organizm domagał się jedzenia, zdarzyło mi się parę razy dostać nagłego napadu głodu i jeść kompulsywnie. Schudłam do 54kg, ale co z tego? Mogłam schudnąć tyle samo gdybym podeszła do tego racjonalnie, bo tak niska liczba kalorii spowolniła mój metabolizm prawie do zera. A tak nie tylko ucierpiałam na tym fizycznie, ale głównie psychicznie i przed tym chcę Was ostrzec.
Kłóciłam się w tym okresie ze wszystkimi, dla wszystkich byłam okropna, a najbardziej dla tych, którzy chcieli mi pomóc. Psychicznie nigdy nie czułam się tak źle jak wtedy, nic mnie nie cieszyło. W głowie miałam tylko jedną myśl, jestem gruba i obrzydliwa, muszę schudnąć, bo nie mogę na siebie patrzeć. Wiem, ze to brzmi okropnie, ale tak właśnie było. Straciłam dobre relacje z koleżankami, straciłam dobre relacje z rodzicami, straciłam dobre relacje w związku. Nienawidziłam wszystkich wokół, ale najbardziej nienawidziłam samej siebie. Nie cofnę czasu, a wierzcie mi, chciałabym.
To jest tylko mikroskopijna część tego, co chciałabym na ten temat napisać. Część, która nawet nie przybliża tego jak wówczas fatalnie się czułam. Jest lipiec, wydaje mi się, że przejrzałam na oczy, że jest lepiej, ale wciąż z tego wychodzę. Wciąż nie mogę powiedzieć, że siebie akceptuję, ale zrobiłam pierwszy krok i z tego jestem dumna. Cały ten tekst jest ku przestrodze, odchudzanie to prosta matematyka i wcale nie musi wiązać się z masą wyrzeczeń(ale o tym więcej w poście na temat mojego teraźniejszego sposobu odżywiania), chcę tylko żebyście czytając ten post odpowiedzieli sobie na pytanie,
czy warto?
Ja już znam odpowiedź, a Wam wszystkim życzę duuużo wiary w siebie i dużo rozsądku,
uczcie się na moich błędach, w tym temacie popełniłam chyba wszystkie możliwe ;).

"Schudłam do 54kg, ale co z tego? Mogłam schudnąć tyle samo gdybym podeszła do tego racjonalnie"
OdpowiedzUsuńDobrze powiedziane.